Świadectwa Przemocy

To nie moja pamięć tylko innych.

Samo  moje  urodzenie wiązało się nie z radością tylko smutkiem i bólem,dla rodziców.Tydzień przed wigilią zmarła moja mama.J w tym czasie byłam w szpitalu.Pogrzeb mamy 3-y dni przed  Wigilią.Po tym wszystkim byłam u dziadków. Babka pole  hektary buraków  cukrowych,było to ważniejsze od małej dziewczynki.Wsadzała mnie do łozeczka obkładała butlami z kaszą i niedawno  życzliwa mi osoba powiedziała,że był tam też alkohol,hmhm bym podobno spała.


 

 Teraz ja Maria Dorosłe Dziecko Alkoholika

Mając 5 lat,poznałam  mamę,ojciec już po  mnie przyjechał pijany,w  czasie  podróży a  długa była ta podróż,prawie 600 km  pociągiem,ojciec też pił,Nie wiedziałam jeszcze,co  mnie będzie czekało.Zresztą byłam dzieckiem  małomównym.  
Nie  umiałam jeść łyżką,a obsługa widelca hmh.Mama  pokroiła kotlecika,a ja 5 latek wbić widelca nie umiałam,Więc  ojciec  wyciągał butlę i tak karmił,tak było przez miesiąc a jeszcze przez rok trzymałam w buzi cumel.No dziecko ułomne opóźnione w  rozwoju,w dodatku pijacy ojciec,który bije i się awanturuje.
Mama  obrywała,że nie tak coś powiedziała,ja gdy wstawałam w jej obronie.Też oberwałam.Ja  byłam  bita  jeśli za długo spędzałam czas z  dziadkami,że nie powiedziałam tak jak on  chciał.
Zakazywał mi siadania przy stole z dziadkami i mamą.Wigilię,którą tak dziadek celebrował,ewangelik,mnie nie pozwalano siedzieć z nimi przy stole,ja siedząc,w pokoju pod ścianą,płakałam a gdy zasypiał,wykradałam się i siadałam z  nimi,gdy się  budził a mnie przy nim nie było,to wchodził z pasem w ręku i krzycząc "Ty zdradziecka świnio wypier....j zaraz"  i gonił po   pokoju.Jak mnie doganiał,to bił na kwaśne jabłko,a bił jak szło,po plecach,rękach,mama obrywała przy tym jeszcze bardziej.
Jak  zbliżały  się  święta,to pił już od 2 tygodni,a to bicie,strach,awantury,często,broniąc mamy obrywałam.Jak małe dziecko jak mogłam bronić matki jedynie krzykiem ,płaczem ,zastawiając ją.
Mając 7 lat,październik,godzina 18 lub parę minut po,jako mała dziewczynka poprosiłam ojca by nas nie bił,zapytał kto kazał  Ci to powiedzieć.?
Ja wystraszona,przerażona skłamałam,że to babcia mi kazała,ojciec pijany wziął nóż do ręki i rzucił się na babcię,ja  odciągając go i krzycząąc:zostaw to ja sama,ja sama.Ojciec szamocąc się ranił mnie nożem w ramię,potem wziął kabel od  żelazka i goniąc mnie po podwórku,krzyczał: Jak Cię dorwę to zaj....ę  Cię jak psa,Ty wredna suko.
Miałam tylko 7 latek,schowałam się w stodole,przykryłam sianem,trzęsłam się jak osika,ojciec odpuścił,ja spałam na sianie. Bałam się wrócić do domu,babcia przyniosła mi kolację,wróciłam rano ojca nie było 3 dni,gdy wrócił,a ja wkroczyłam w środek walki ojca z mama,rzuciłam  torbą i odciągałam ojca,niestety on choć pijany,silniejszy od dziewczynki,wiec tak  mnie odepchnął,że wylądowałam na ścianie.Jak się ocknęłam,mama siedziała posiniaczona na wersalce,przytuliłam się do niej,a  ojciec podszedł i pociągnął za włosy krzycząc: Ty suko do kogo się tulisz,do  ku...y,już Cię tu nie ma.
Wyjście do pracy mamy było  koszmarem,za każdym razem  wychodziła  się   k......ić z każdym,każdy był potencjalnym  kochankiem.Tak oskarżał ojciec moją mamę.

Był 26 października 1984 rok,ja stałam się świadkiem,jak ojciec kłócąc się z mamą powiedział jej tak: "Ty suko pier....a  nigdy nie dostaniesz jej,Ty jej w dowodzie nie masz tylko ja,więc odpierdol się od tego jak ją wychowujesz,nie jesteś jej  matką" i chlast mamę w buzię.
Ja weszłam zapłakana usłyszałam,co tu robisz.? On wyszedł nie było go pięć dni,a ja zostałam z tym sama,myślałam,że mama  stojąca teraz 3 metry ode mnie jest moją rodzoną mamą.  
hmh,ryczac uciekłam do stodoły przyszła tam babcia i powiedziała,że mama zmarła przy moim urodzeniu,a jej córka jest tylko  żoną Twego ojca.Wwziełam sobie to bardzo do serca i wytłumaczyłam sobie picie i bicie mnie,bo ja zabiłam swoją mamę.   Dlatego ojciec mnie tak nienawidzi,bo zabiłam.
Dopiero mając 23 lata dotarłam do archiwum a przyczyną śmierci było pękniecie macicy i wykrwawienie.

Bicie nadal trwało,tylko z większą częstotliwością i siłą .
Kiedyś dostałam,takim żemykiem tylko dlatego,że odwiedziłam przybranego kuzyna Krzysia,poszłam do niego by się tylko pobawić,już więcej tam nie poszłam.  
Mając prawie 9  latek,ojciec Krzysia,czyli szwagier mojej przybranej mamy stanął w naszej obronie,ojciec pijany ze  wściekłością tak go popchnął,że ten uderzył głową o wirówkę do mleka,skończyło się tragicznie,krwiakiem mózgu,operacją   neurochirurgiczną.
Po tym zdarzeniu,dziadkowie postawili warunek mamie,że albo się z nim rozwiedzie,albo ma się wyprowadzić razem z nami  z   domu.
Rozwód był tylko dopełnieniem agresjii ojca,ja oczywiście przez sąd,zostałam przy  ojcu.Czerwiec 1986 rok,wyprowadzka,a ja  płacząc,krzycząc,trzymając się babci nogi...
Ojciec siłą  mnie wyrwał,krzycząc na mnie,że to nie moja rodzina,że oni to są gówno,że tylko on ma mnie w dowodzie  wpisaną i  jak się będę upierać to mi wpier...li.
Zawiózł mnie do swej matki,co ja przeszłam tam.
Zostawił i wyjechał,zostawił u osoby,której nie znałam,a babka była straszna,musiałam się nauczyć Zdrowaś Mario u  ewangelików tego  nie ma,nie rozumiałam tego,co się pomyliłam,dostawałam po buzi i tak do mnie mówiła:"Ty  pieprzony głąbie  takiej prostej rzeczy nie umiesz się nauczyć,ojciec powinien Cię sprzedać,jesteś jak tucznik gruba i głupia,byłby  chociaż  zysk  z  Ciebie."
Jak babka się dowiedziała,że wysyłam listy do babci i mamy,wzieła rzemień podobny jak do bicza i tak zbiła,że pasy były na  plecach.
Najgorsze było raz,jak po szkole,wzięła mnie na dwór i powiedziała: "jak się dowiem,że masz z nimi kontakt,to popatrz,to  zrobię z Tobą.to samo co z tymi kotami."
Wzięła do worka 5 kociaków zawiązała i 4 razy walnęła o ścianę domu,zwymiotowałam,ale zaczęłam się tej osoby bać.
Ojciec przyjechał,oczywiście mu o tym powiedziałam wszedł do  pokoju,chwycił za włosy i powiedział: "Ty  pier.....a  suko już Ci raz powiedziałem,że nie masz tego prawa robić,zbił a potem na moich oczach poniszczył wszystkie zdjęcia,pamiątki,jakie  miałam,a zegarek,który dostałam,rozgniótł  nogą.

Któregoś dnia,sobota,przed południem ojciec wziął łańcuch,przyszedł do mojego łóżka krzycząc:"Ty  pier....a  kur...o i  wymachiwał mi przed głową tym łancuchem,wstawaj,masz iść po piwo."
Maj 1987 rok,moja pierwsza komunia w 4 klasie,ojciec przyjeżdza z nową żoną i oznajmnia: "córuchna to Twoja nowa mama"  myślałam,że zemdleję,w lipcu babka wywozi mnie do  swej  córki na  Mazury,tam mam pranie mózgu,nie mów do niej mama,mów  ciocia.
W Sierpniu,ląduję w Skoczowie,moja mama nr 3 pije na równo z ojcem,tak się poznali.    
Teraz zaczeło się piekiełko,ojciec miał mieszkanie zakładowe,był panem,teraz już miałam przechlapane,jeszcze bardziej,  obrywałam i od niego i od niej,za to,że nie przyszłam  po nich do  knajpy.Teraz  bił po  twarzy i głowie.
Obrywałam,bo ryż był za twardy w  pomidorówce,więc zupa lądowała na mnie,albo przez okno.
Dzwoniłam do lekarzy by nie miał bumelki,zawsze idac do szkoły,po drodze szłam do lekarza po L4 dla ojca.
Któregoś dnia zapomniałam,zagadałam się i by się nie spóźnić,do szkoły nie zaszłam do lekarza,gdy wróciłam do domu,ojciec   mnie zbił krzycząc:"Ty  kur...o to trudne takie byś zaszła do lekarza,trudne głąbie i ciągnoł za włosy,jeśli się to jeszcze  raz przydarzy to popamiętasz mnie do końca życia."

Od tamtego razu już nie zapomniałam,
Ojciec pił jeszcze bardziej,jesli dopił,że był nieprzytomny,to legał spać,gorzej,jak nie dolany i wtedy było najgorsze,nie ważne było,co nawet herbata za słodka było powodem,żeby oberwać,ojciec potrafił dla  kaprysu rzucić popielniczką o ścianę,  raz to zwymiotowałam gdy sprzątałam jego  wymiociny,to i tak mnie uderzył,że  wyladowałam  twarzą w owych wymiocinach.
Nie mogłam mieć zamykanego pokoju,on zabronił,jego dom i nikt się nie  będzie zamykał.
Miałam  12 lat ojciec sprowadził kumpli do  domu,on i 3 innych,libacja matka na nocce,ja sama w pokoju,oni chleją,siedziałam  cicho i czekałam,aż pozasypiają,uciszyło się,odetchnełam z ulgą,nagle do pokoju wsedł jeden z nich,nikt nie słyszał mojego  krzyku,......................................,  gdy  wyszedł,uciekłam z domu i czekałam  w stodole,aż mama wróci.
Powiedziałam,co się stało a ona,idź do ojca,ja nie jestem Twoją matką,poszłam powiedziałam,a on: Ty suko sprowokowałas,trza było uciec,teraz morda w kubeł

Zamontowałam gwóźdź w futrynie by się zamykać a  spałam od tego momentu z nożem.
Po tym zdarzeniu była próba  somobójcza,bardziej wołanie o pomoc,ale robiła to tak,że tylko spałam i chyba tak miało być   spać,by ktoś zauważył,że jest problem.

Gdy miałam 14 lat matka przestała  pić,zdarzało się raz na rok zapić,do nieprzytomności,ale z ojcem już nie hłała,co  doprowadzało go do furii.
Ja  się cieszyłam choć wtedy zaczęło się bicie mnie i mamy,a gdy stawałam w obronie jej to mi się obrywało jeszcze bardziej,
bicie bolało,najgorsze było wtedy,gdy zamierzał się z pięścią  na mnie i ową pięść zatrzymywał kilka centymetrów przed  oczami aż było czuć zapach papierosów na jego dłoni i słowa ojca:" i  co suko boisz się,boisz się."  
Jak  płakałam,potrafił wejść i śmiać się ze mnie i  co ryczysz,czemu ryczysz,popłacz sobie,jeszcze mam Ci poprawić byś  płakała jeszcze bardziej.    

Maria Bogumiła DDA
 


Żyłam w piekle

Aż trudno uwierzyć, ale... pięć lat byłam w piekle. Bita, upokarzana, dręczona fizycznie i psychicznie. Chcę o tym zapomnieć. Ale ten jeden raz postanowiłam opisać mój dramat. Wiem, że nie jestem sama, że są w Polsce inne kobiety traktowane przez swoich mężów jak niewolnice. I często tacy dranie pozostają bezkarni. Mój mąż też stawiał się ponad prawem.
- Zabiję cię! - krzyczał. - I nikt mi nic nie zrobi.

Jest prawnikiem, ale aplikacji nie zrobił i poszedł do pracy w policji. Myślę, że z lenistwa i obawy, że jako prawnik się nie sprawdzi. Przede wszystkim jednak pchnęło go do tego poczucie siły, jaką daje mundur, pałka i pistolet w kaburze. Dziś jest komendantem największego posterunku w naszym mieście.
Poślubiłam go z wielkiej miłości. Nie miałam dość rozumu, by uciec jeszcze przed sakramentalnym "tak". Wiedziałam przecież, jak jego ojciec traktuje żonę. Awantury i policja w domu były u nich na porządku dziennym. Ale kochałam Zbyszka wielką, naiwną miłością, która z rozumem niewiele ma wspólnego.
Moja gehenna zaczęła się już dzień po ślubie. Miałam koszmarną migrenę i z trudem mogłam się ruszać, ale on chciał się kochać, więc... po prostu mnie zgwałcił. Łkałam w poduszkę do białego rana, a mąż chrapał w najlepsze.
To był pierwszy dzwonek. Powinnam wtedy wyjść, zatrzaskując za sobą drzwi. I nawet pomyślałam, żeby to zrobić. Ale przecież to taki wstyd...
Z czasem jednak sytuacja się pogorszyła... Po raz pierwszy uderzył mnie, gdy powiedziałam mu o ciąży. Płakałam, a on zrzędził!
- Ładnie! Bachora nam brakowało!
To był drugi dzwonek. Nie powinnam mieć złudzeń. Skoro Zbyszek raz podniósł na mnie rękę, pewnie zrobi to znowu...
Kiedy lekarz stwierdził, że spodziewam się bliźniąt, powiedziałam o tym wyłącznie moim rodzicom. Czy muszę tłumaczyć, co czuje przyszła matka, która boi się taką wiadomością podzielić z przyszłym ojcem? Której odebrano radość oczekiwania na narodziny dzieci? Nie tak to sobie wyobrażałam, wychodząc za mąż. Cierpiałam i z lękiem myślałam o przyszłości, bo Zbyszek bił mnie coraz częściej, bez konkretnego powodu, po prostu, żebym ,"zrozumiała, kto tu rządzi''.
To była trudna ciąża. Sporo czasu spędziłam na zwolnieniu, co tylko irytowało mojego męża. Czasem więc nocowałam u rodziców, by mieć spokój i donosić dzieci bezpiecznie. I udało się. Chłopcy urodzili się w terminie. Śliczni i zdrowi.
Mąż przyszedł do szpitala chyba tylko po to, żeby mnie strącić na dno rozpaczy.
- Jesteś płodna jak królica - śmiał się. - Powiedz, ile jeszcze ich urodzisz?
Na dzieci ledwie spojrzał. Ale ze szpitala nas odebrał i nawet wanienkę kupił. Spokojnie było prawie miesiąc. Nie szukał zwady. Zaczął nawet ze mną rozmawiać.
- Może damy im imiona naszych ojców, co ty na to? - zapytał.
- Janek i Franek? Ładnie! - ucieszyłam się.
Zbyszek sam poszedł zarejestrować dzieci w urzędzie. Zaczął też wcześniej wracać z pracy. Gdy któregoś popołudnia usłyszałam, jak próbował coś dzieciom śpiewać, poczułam w sobie takie ciepło i radość, że popłakałam się ze szczęścia. Nieśmiało wracała nadzieja, że wszystko jakoś się ułoży. Dzieci go zmienią i będzie dobrze. Zamierzałam mu wybaczyć.
Niestety, spokój nie trwał długo...
Chłopcy źle przechodzili szczepienia. Gorączkowali, byli marudni, a w nocy płakali i krzyczeli jeden przez drugiego. Robiłam, co mogłam, żeby ich uspokoić. Trochę pomagało noszenie na rękach. Z jednym byłoby trudno, tak całą noc. A z dwojgiem? Wprawdzie mam dwie ręce, ale jak długo mogłam wytrzymać z dwójką niemowląt w objęciach?
Mąż nie kwapił się z pomocą.
- Zrób coś z nimi! - zerwał się w środku nocy z krzykiem. - Rano idę na służbę! Dzieci nie potrafisz uspokoić!?
Byłam sama, a moja ,"służba'' nie kończyła się nigdy. Sprzątałam, prałam, robiłam zakupy, prosząc sąsiadkę-emerytkę, by posiedziała z dziećmi. I gotowałam nocami, gdy Zbyszek spał w najlepsze.
- Chyba nie muszę umierać z głodu tylko dlatego, że ty masz dzieci? - ironizował, gdy raz nie zdążyłam z obiadem.
Że ja mam dzieci?! Nie poczuwał się zupełnie ani do ojcostwa, ani tym bardziej do wynikających z niego obowiązków.
Gdy dziś, opisując te pięć lat, zbieram w pamięci fakty, trudno mi uwierzyć, że rzeczywiście wszystko to przeżyłam. Moją "golgotą" obdzielić by można kilka, jeśli nie kilkanaście osób.
Byłam w tym piekle do bólu samotna. Znikąd oparcia i pomocy. W wielkiej desperacji próbowałam zwierzyć się moim rodzicom i powiedzieć im o dojrzewającej decyzji odejścia od kata.
- Twoje miejsce jest przy mężu - stwierdziła oschle matka.
Ojciec milczał. Zrozumiałam, że u nich nie mogę szukać pomocy.
Słyszałam o Niebieskiej Linii. Nawet zamierzałam tam zadzwonić. "Ale jak obcy ludzie mogą mi pomóc?", myślałam. Nie wyprowadzą go przecież z mieszkania. Nade wszystko jednak wstydziłam się o tym mówić...
Chłopcy mieli wtedy cztery lata. Od porodu siedziałam w domu, bo nie dało się opieki nad nimi pogodzić z zawodowymi obowiązkami. Byłam zmęczona tak bardzo, że w każdej chwili mogłam zasnąć, choćby na kamieniu. I raz zasnęłam w kuchni na taborecie.
- Gdzie koszula na jutro!? - wyrwał mnie z drzemki ryk mojego męża.
Zapomniałam. Bałam się wyjść z kuchni. Ale on wpadł i siłą zaciągnął mnie do pokoju, a potem rzucił na podłogę i zaczął kopać.
- Nie krzycz, bo nie przestanę! - zagroził.
Nasza szarpanina obudziła dzieci. Weszły do pokoju, gdy Zbyszek otwartą dłonią uderzył mnie w twarz. Jęczałam z bólu. Chłopcy byli przerażeni. Objęłam ich i razem płakaliśmy. Ja z bólu i upokorzenia, a dzieci ze strachu. Mimowolnie zostały świadkami dramatycznej sceny. Ich ojciec bił matkę! Długo nie mogłam ich uspokoić. Zasnęli zmęczeni dopiero, kiedy mąż wyszedł do pracy.
Wstydziłam się sąsiadów. Musieli słyszeć wrzaski Zbyszka i moje jęki bólu.
Rano byłam cała w sińcach. Sąsiadka, którą umówiłam poprzedniego dnia do chłopców, patrzyła na mnie przerażona.
- Niech pani na to nie pozwala! Mąż będzie coraz śmielej sobie poczynał. Kiedyś panią zakatuje. Może ośrodek pomocy rodzinie mógłby pomóc?
Jednak nie do ośrodka, a do zastępcy męża zadzwoniłam. Poprosiłam go o rozmowę w domu, w godzinach pracy Zbyszka. I żeby nic mu o naszym spotkaniu nie mówił.
Przyjechał.
- To mąż - powiedziałam, gdy na widok moich siniaków aż otworzył usta.
O wszystkim mu powiedziałam. Raptem zginął wstyd, został tylko niepokój o dzieci. Nigdy więcej nie mogą zobaczyć takich scen. Nie mogą zobaczyć moich łez. Matka sponiewierana, płacząca, zrozpaczona. To trauma, której trudno się pozbyć.
- Wiem, że Zbyszek jest nerwowy, porywczy - powiedział zastępca męża. - Porozmawiam z nim. Po przyjacielsku.
Mąż wrócił wieczorem. W milczeniu zjadł późny obiad. Potem wyszedł do przedpokoju i wrócił... z pistoletem. Rzuciłam się do drzwi, ale chwycił mnie za ramię i przystawił mi pistolet do skroni.
- Dzień, w którym jeszcze raz polecisz na skargę - wysyczał - będzie ostatnim dniem twojego życia.
Puścił mnie, wsunął pistolet do kieszeni spodni i wyszedł z mieszkania.
Nawet nie miałam sił, by płakać. "To jakiś obłęd! On jest chory. Nic się nie zmieni, nic! Muszę uciekać, ratować siebie i dzieci", zrozumiałam.
Rano półprzytomna spakowałam walizkę Zbyszka, bo mąż zerwał mnie z łóżka bladym świtem i oznajmił, że wyjeżdża na kilka dni w delegację.
Kiedy wyszedł, nakarmiłam i ubrałam chłopców, a potem zadzwoniłam po taksówkę. Kazałam się zawieźć do ośrodka pomocy rodzinie. Kierowniczka, starsza pani, obejrzała moje siniaki i podkrążone z niewyspania oczy chłopców. Wysłuchała mnie w skupieniu. Gdy skończyłam, spytała, czy jestem gotowa odejść od męża. Potwierdziłam, a ona chwyciła za telefon.
- Mam u siebie matkę z bliźniętami. Czy możecie ich przyjąć?
Załatwiła mi miejsce w domu samotnej matki, w mieście odległym od naszego o ponad trzysta kilometrów.
Wróciłam do domu, a potem w pośpiechu spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Nadałam trzy wielkie pudła na adres domu samotnej matki i pobiegłam do przychodni zrobić obdukcję, bo tak radziła mi pani z ośrodka.
Kiedy wszystko było gotowe, spakowałam torbę podróżną, a chłopcom powiedziałam, że wyjeżdżamy do naszego nowego domu. Bałam się, że zapytają o tatusia. Na szczęście nie zapytali.
Wiedziałam, że Zbyszek szybko nie wróci, że mam czas spokojnie przygotować się do wyjazdu, ale nie chciałam zwlekać. Pod wieczór ruszyłam na stację kolejową, zostawiając za plecami mój dawny dom, życie i cały ten koszmar.
Przez prawie rok mieszkałam w domu-azylu. Chwała ludziom, którzy takie miejsca stworzyli. Później udało mi się podjąć pracę i wynająć małe mieszkanko dla naszej trójki.
Bałam się, że Zbyszek będzie szukał dzieci i że z czystej złośliwości spróbuje mi je odebrać. Ale nie...
- Baba z wozu, koniom lżej - powiedział w sądzie, podczas rozprawy rozwodowej, o chłopców nawet nie zapytał.
Minęły już trzy lata od rozwodu. Zbyszka nie widziałam od czasu rozprawy. I dobrze. Niepokoi mnie tylko jedno: dzieci wciąż pamiętają.
- Śnił mi się tatuś... - powiedział zapłakany Franek, gdy obudził się w środku nocy. - Dlaczego on ciebie bił, mamusiu? Dlaczego?
Janek też czasem wspomina o ojcu. Czasem płacze, choć nie chce zdradzić powodu. Przeraża mnie to, że Zbyszek, choć nieobecny, nadal szkodzi moim synom, dlatego zdecydowałam się na terapię rodzinną. Już dwa razy byłam z chłopcami u psychologa. Myślę, że i mnie te rozmowy pomogą, bo wciąż nie umiem spokojnie zasnąć.
Mam dwoje dzieci. Jestem kobietą ,"na zakręcie''. Wciąż zastanawiam się, co mnie czeka. O mężczyznach nie myślę, choć nie boję się ich już tak jak dawniej. Z każdym kolejnym miesiącem odradza się we mnie wiara w ludzi i nadzieja na normalne, spokojne życie.
Nie jestem jeszcze gotowa na relacje damsko-męskie. Zainteresowanych mężczyzn odprawiam z kwitkiem, tłumacząc, że teraz całym moim światem są dzieci. I praca, która pozwala mi utrzymać rodzinę.
Może gdy chłopcy podrosną, przyjdzie właściwy czas i właściwy człowiek...

Anna S., 36 lat
źródlo interia.pl