Zmartwychstanie alkoholika

Zmartwychstanie alkoholikaDla alkoholika zmartwychwstanie następuje wtedy, gdy świadomie odstawia kieliszek. Krzysztof Dowgird, dziennikarz Antyradia, zmartwychwstał po wielu latach alkoholowego amoku - pisze Anita Czupryn.

 
Krzysztof Dowgird, dziennikarz Antyradia, budowlaniec, niepijący alkoholik, zmartwychwstał 20 lat temu. Ale tamto życie, sprzed zmartwychwstania, powraca czasem w postaci krótkich fleszy w jego głowie. 
Na przykład, gdy widzi siebie siedzącego w fotelu, a obok, na wyciągnięcie ręki, stoi wysoka szklanka zapełniona w trzech czwartych wódką i jednej czwartej sokiem pomarańczowym. Kuba, jego wówczas kilkuletni syn, wiedział, że szklanki nie można dotykać, bo to jest ''taty herbatka''. Krzysztof przygotowywał ją zaraz po powrocie z pracy. Bo zmęczony, bo stres, bo wyniknął jakiś problem, albo przeciwnie, wszystko poszło gładko. Każdy alkoholik ma na podorędziu całe mnóstwo argumentów przemawiających za tym, aby się napić. I jeszcze coś: że lepiej pić w domu, bo znajomi, sąsiedzi nie widzą - nie wiedzą i nie mówią. 

Flesz: choroba na literę A.
 Piłem do momentu, aż się zwaliłem. Rano wstawałem, siadałem na kacu do samochodu i wiozłem syna do przedszkola. Potem jechałem do pracy, gdzie - albo pracowałem, albo piłem - opowiada. Jego Wielkanoc też wtedy wyglądała zupełnie inaczej. Bo nienawidził świąt. I nienawidził życzeń, jakie mu składano, gdyż brzmiały one mniej więcej zawsze tak samo. - Ty wiesz, czego ja tobie życzę - mówiła mu żona. A on, patrząc na nią, doskonale wiedział, o co jej chodzi. Wie to każdy, którego życie kręci się wokół gorzałki. - Dwadzieścia lat temu powinienem zdechnąć - mówi Krzysztof i podkreśla twardo: - Nie umrzeć, bo chcę, żebyście wiedzieli, że na alkoholizm się zdycha. To nie jest zwyczajne umieranie. No, chyba że alkoholik ma szczęście i wpadnie pod samochód, pod pociąg albo się powiesi. Kiedy choruje się z alkoholem, w pewnym momencie zaczyna się proces zdychania. I to jest straszne. Więc mnie też powinni w tamtym czasie oklepać d... na cmentarzu. Bo ciężko na to pracowałem, a nawet przyszedł taki moment, że marzyłem, aby to się skończyło. Marzyłem, żeby umrzeć, a byłem zbyt wielkim tchórzem, żeby się powiesić. Czy wyskoczyć przez okno. Kiedy mówię o tym umieraniu - zdychaniu, zawsze mam przed oczami pięćdziesiąt dwoje ludzi, którzy umarli obok mnie, wówczas, kiedy przestałem pić. Spotkaliśmy się na leczeniu. Dostaliśmy od naszych terapeutów takie same torby pełne narzędzi, które miały nam pozwolić zmienić nasze życie i zacząć nowe. Ja te narzędzia wykorzystałem w sposób prawidłowy. Oni umarli. 

Flesz: bez gazu nie ma dżazu
 .Pierwszy raz urżnął się, mając trzy lata. Choć rodzice nie pili w ogóle. Mieszkali wtedy w domu z dużym ogrodem, w małym miasteczku na Dolnym Śląsku. Pochodzę z tak zwanego porządnego domu. Dziadek był ordynatem. To był dom, w którym obowiązywały różne formy, na przykład do mamy nie wolno było mówić na ty, ale "czy mama mogłaby...". Alkohol pojawiał się może dwa razy do roku. W specjalnej karafce stawiany był na stole i ta karafka, gdy kończyło się przyjęcie, w stanie niemal nienaruszonym wędrowała z powrotem do kredensu. Pewnego razu rodzice wydali brydża dla znajomych. Po grze poszli odprowadzić gości do furtki, ja zjawiłem się w pokoju i pozlewałem kropelki z kieliszków. Gdy rodzice wrócili - spałem na parapecie. To był powód, żeby przez parę lat o tym opowiadać, jako o dobrej, rodzinnej anegdocie. Ale minęło parę lat i Krzysztof kończył podstawówkę. Umówił się z kolegami: Trzeba to uczcić! - Kupiliśmy wino marki wino (dziś to się nazywa mózgotrzep). Po odebraniu świadectw poszliśmy na skałki i zaczęliśmy popijać. W pewnym momencie poczuł, jak rośnie, i było to całkiem realne wrażenie. A przecież nie należał do osób rosłych, od dzieciaka w każdej grupie był najmniejszy i fakt ten z roku na rok stawał się coraz bardziej bolesny, urastając do kompleksu. A tu proszę: wystarczyło kilka łyków wina, aby przeistoczyć się w Schwarzeneggera. Potem niewiele zapamiętał. Tylko wymioty, które trzymały go chyba przez dwa dni. Rodzice, na szczęście albo nieszczęście, bo różnie o tym można sądzić, niczego nie zauważyli. Marzył o Technikum Żeglugi Śródlądowej we Wrocławiu. Szkoła przygotowywała marynarzy pływających na barkach. Dopuszczono go mimo zbyt niskiego wzrostu, zbyt małej wagi i problemów ze wzrokiem. Przez egzaminy przeszedł jak burza. Wywalił się na jednym pytaniu, z fizyki: jaka musi być odległość, żeby powstało echo. - Siedemnaście metrów - mówi dziś 59-letni Dowgird, bo gdyby wtedy znał tę odpowiedź, to kto wie, jak potoczyłoby się jego życie. Ale do szkoły się nie dostał, choć był już po pierwszej przymiarce munduru marynarskiego. Wrócił do Zgorzelca, gdzie wówczas mieszkał z rodzicami, i poszedł się uczyć na górnika. Zamieszkał w internacie, a tam już na dobre zaczął się zabawiać z alkoholem. Bo alkohol stwarzał pozory, że człowiek może więcej. Budził fantazję i odwagę. Skończyło się wyrzuceniem ze szkoły. Miał 17 lat, przyjechał do Warszawy - bez wykształcenia, perspektyw, wylądował z łopatą w garści i berecikiem z antenką na budowie. Ale spotkał ludzi, którzy się nim zaopiekowali. Poszedł do technikum budowlanego, mieszkał w hotelu robotniczym. Co dwa tygodnie, bo tak wtedy płacono budowlańcom za robotę, dzielnica hoteli robotniczych na warszawskiej Woli zamieniała się w jeden bajzel: było pijaństwo, była bijatyka i lała się krew. Ale Krzysztof odkrył wtedy klub studencki Stodoła, gdzie poznał muzyków jazzowych. - Zamiast picia z robolami, dawałem w gaz z intelektualistami - wspomina i zaznacza, że był to jeszcze taki czas, gdzie niepojętą dla niego rzeczą było to, że można np. zawalić pracę. To sobota i niedziela były od tego, żeby się zabawić. Wtedy mówiło się, że bez gazu nie ma dżazu, więc był gaz i był jazz. Bawiliśmy się. 

Flesz: o drugiej stronie lustra
. Każdy alkoholik na pytanie, czy przypadkiem nie za dużo pije, odpowie, że pije jak wszyscy. Krzysztof też tak uważał. Żaden alkoholik nie odpowie na pytanie, kiedy zaczyna się problem. Bo alkoholikiem nie staje się we wtorek o 14, to jest proces. Krzysztof wyrabiał się w szkole, w pracy, nie zawalał terminów, wyrabiał się towarzysko, zdążył się ożenić, urodziła mu się córka Ola. Zdążył się też rozwieść z żoną, zamieszkał z kolegą, wtedy pili już ostro i okazało się, że sobotnio-niedzielne popijawki to dla nich za mało, zaczęło się picie i w zwykłe dni. - Wtedy tak dobierałem towarzystwo, żeby byli to ludzie, z którymi można się napić - mówi. - Po cholerę mam iść do kogoś, kto nie pije? Pamięta tamte rozmowy przy alkoholu, podczas których wygrywa się wojny, naprawia rząd, wygrywa mecze. Z czasem okazało się, że w rzeczywistości nic z nich nie wynika. Każdy gada, by gadać, nikt nikogo nie słucha. To podczas tamtym zabaw towarzyskich poznał obecną żonę. Należała do ludzi, którzy lubią się bawić. Nie miała pojęcia, co to jest choroba alkoholowa. - Szybko okazało się, że nie jest nam po drodze. Ja jechałem do kolegi, żeby się napić, ona nie chciała - opowiada Krzysztof. - Nie lubiła nas za to, że się upijaliśmy. Ale zaryzykowała, wyszła za mnie za mąż, zaszła w ciążę i przestała pić w ogóle. Kiedy urodził się Kuba, ja byłem już po drugiej stronie lustra. Piłem, bo musiałem. To jest najbardziej parszywe w alkoholizmie: przymus picia. To on powoduje, że ludzie, wydawałoby się poukładani i normalni, sięgają po denaturat czy wodę brzozową, gdy nie mają nic innego pod ręką. Wszystko zawalał. Umawiał się, że odbierze Kubę z przedszkola, po czym dzwonił, że nie może, bo już coś wypił. Gdy po raz pierwszy zobaczył, że ze ściany wychodzi wielki pająk, praktycznie nie trzeźwiał. Wiedział, że to są poalkoholowe omamy wzrokowe, ale bał się ich. Wszystkie kace też są podobne. Ale dla niego ten, kiedy żona powiedziała: dość, okazał się początkiem jego drogi do zmartwychwstania. 

Flesz: na detoksie.
 To była kolejna z wielu tygodniówek. Krzysztof czuł, że umiera. Prosi żonę, aby poszła do przychodni i przyniosła jakąś tabletkę. Poszła. Gdy wróciła, powiedziała: - Teraz musimy porozmawiać. - Teraz daj mi tabletkę, nie mam siły na rozmowy - odparł. Ale żona nie dała za wygraną: - Nie mam żadnej tabletki. Za to wiem już wszystko. Po pierwsze, jesteś alkoholikiem. To choroba, na to się umiera. I ja się nie zgadzam, abyś umierał na moich oczach. Dziś kończy się nasze małżeństwo. Będziesz ponosił wszystkie konsekwencje tego, że pijesz. Krzysztof nie mógł tego słuchać. Poszedł do sklepu, kupił alkohol i upił się. Następnego dnia, gdy się przebudził, jak zawsze poprosił żonę: - Zadzwoń do pracy i powiedz, że jestem chory. Odparła: - Sam sobie zadzwoń. - Nie wygłupiaj się, z pracy mnie wyrzucą - próbował swoich manipulacji, które zawsze tak dobrze działały. Żona wzruszyła ramionami, odrzekła: ''To twoja praca'', zabrała samochód i pojechała do swojego zakładu. - Co zrobiłem? Kupiłem litr wódki i piłem - mówi Dowgird. Któregoś dnia przyjechała po resztę rzeczy. Zobaczyła męża, leżącego jak śmierdzący wór w barłogu. Cuchnące mieszkanie, wszędzie walały się butelki. Podniósł głowę i w desperacji wypowiedział: - Pomóż mi. Potem powiedziała mu, że zobaczyła coś w jego oczach. Usłyszała coś w tym przepitym głosie. Może to była szczerość. Zapakowała go w samochód i zawiozła do ośrodka. Tam zrobili mu detoks. Spotkał ludzi, którzy potrafili pomagać alkoholikom. Ale on jeszcze się buntował, kombinował, bał się przyznać, że jest alkoholikiem. Przecież w tym kraju alkoholik traktowany jest gorzej niż prostytutka i złodziej. Facet musi pić, ale to nie ma nic wspólnego z alkoholizmem. - Wtedy byłem skłonny przyznać, że jestem szajbus, ale, na Boga, nie alkoholik - mówi. Wyszedł po 8 tygodniach, i jeszcze raz napił się po kolejnych trzech miesiącach - Żona znów zabrała dziecko i się wyprowadziła. Kupiłem karton gorzały. Piłem, zasypiałem, budziłem się, znów piłem. Czułem, że jestem na dnie i chciałem się zapić na śmierć. Żona po kilku dniach przyjechała zobaczyć, czy jeszcze żyję. Wpadła na pomysł, że przyprowadzi do mnie kolegę z odwykówki. Antek przyszedł i powiedział tylko: - Boguś nie żyje. Boguś był księdzem. Rok młodszy od Krzysztofa. - Pamiętam, jak mu wykrzyczałem na ostatnim spotkaniu terapeutycznym: 'To niesprawiedliwe, ty sobie dwa razy dziennie kucniesz bracie, pomodlisz się i będziesz trzeźwy. A co ja mam robić, jak ja nie wierzę w żadnego Boga?'' Wtedy Krzysztof pomyślał: ''Boguś mnie oszukał. Przecież był urzędnikiem Pana Boga, załatwił sobie z nim wyjście z alkoholizmu, nie mógł umrzeć.'' Po chwili pojawiła się inna myśl: ''Następny będę ja. Przecież jak on nie dał rady, to ja nie dam na pewno.'' Leżał tak do świtu i nagle przyszło mu do głowy, że szkoda umierać. Miał 39 lat i zachciało mu się żyć. Rano poczołgał się na mityng, pierwszy raz świadomie - chyba wtedy poddał się. Był 8 sierpnia 1990 roku, data jego metrykalnych urodzin. Dzień ten przyjął też jako datę swojego zmartwychwstania. 

Flesz: spróbujcie żyć. Koledzy, których spotkał na początku leczenia, umierali jak muchy. Krzysztof miał w sobie taką siłę, że chciał wejść na Pałac Kultury i krzyczeć: ''Ludzie, nie umierajcie, jak mnie się udało nie pić, to i wam się uda''. Zamiast tego zadzwonił do Radia Kolor. ''Chciałbym powiedzieć ludziom, że alkohol to choroba, ale można z tym żyć. Jestem niepijącym alkoholikiem''. Najpierw potraktowali go jak czubka. Potem zaryzykowali. Wojciech Mann i Michał Olszański to ojcowie chrzestni audycji radiowej, jaką nieprzerwanie, choć w różnych stacjach radiowych prowadzi Krzysztof Dowgird od 17 lat. Wciąż pracuje jako budowlaniec, ale mając 50 lat skończył też dziennikarstwo. 
Chciał udowodnić sobie i dzieciom, że nie przepił mózgu. Dziś jest odpowiedzialnym facetem. Ludzie, którzy są blisko, zwłaszcza jego dzieci, wiedzą, że mogą na niego liczyć, bo tata nie daje d... I wciąż siada przed mikrofonem i mówi ludziom, że można nie pić. Ma wielu fanów, którzy włączają radio w niedzielę o godz. 21, bo jest to najtragiczniejszy moment dla każdego alkoholika. Po niedzieli jest poniedziałek i trzeba iść do roboty. A nie wiadomo, czy ta robota jeszcze jest. Nie wiadomo, co się zawaliło. Ciśnienie jest takie, że wielu nie wytrzymuje i znów się upija. I nie idą do pracy. Chyba że włączą radio. I usłyszą, że jest szansa. - Nie zrobiłem nic wielkiego - wzrusza ramionami. - 

Przychodzę i mówię ludziom: jestem alkoholikiem, żyłem po uszy w g..., dziś jestem człowiekiem. Chcecie iść ze mną? To chodźcie. Niczym nie ryzykujecie, a możecie zmienić swoje życie. 
Ale nikogo za łeb nie będę ciągnął. Jest szansa, skorzystasz, dobrze, nie - guzik mnie to obchodzi. 
Nie myśl o tym, co było wczoraj. To już się stało. To już padlina, tego nie zmienisz. Nie myśl o tym, co będzie jutro, bo wyjdziesz z domu, spadnie ci cegła na łeb i nie będzie żadnego jutra. Spróbuj żyć dziś. Tylko dziś. Wstać rano i powiedzieć: dziś się nie napiję. 
A jak się skończy, powiedzieć: udało się.